Latający dom Panny Cambelton

Po „Kto zamieszkał w naszej Duszy?” przyszedł czas na kolejną powieść. Będzie to książka poruszająca temat nierówności społecznych i walki o wolność w odległym mieście Tanterum.

KUP KSIĄŻKĘ:

https://allegro.pl/uzytkownik/Tomasz_Dygowski?order=m

Przedstawiam Tobie jej pierwszy rozdział (niepoprawiony, więc wybacz błędy):

Gęsta, biała mgła spowiła całe podwórze. Ponad nią wystawała tylko wieża z niebieskim dachem, a z jedynego, małego okna wyglądała grupka ciekawskich osób. Pomieszczenie było wąskie, więc szybko zrobił się ścisk i wszyscy zaczęli delikatnie się szturchać, co wywołało awanturę.

– Pan uważa, gdzie te brudne buty stawia, proszę Pana! – krzyknęła stara, gruba kobieta. – Ta suknia kosztowała jedenaście i pół tysiąca szyltów.

– Proszę Pani, te buty są z najwyższej klasy niebrudzącego tworzywa, którego metr kwadratowy jest wart trzy razy więcej od Pani sukni – odparł mężczyzna w meloniku.

Do grupy dziewięciu osób dołączył Harold Zalais, burmistrz miasta Tanterum. Był to niski, opasły mężczyzna o siwych, krótkich włosach z łysiną na czubku głowy. Poprawił swoje okrągłe okulary i odchrząknął.

– Szanowni Państwo, proszę o spokój. Zapraszam na dolne piętra, do pozostałych gości. Za chwilę będziemy się wznosić, więc tam widok z okien będzie równie zachwycający – rzekł swoim wyniosłym głosem, po czym poprawił złotą kamizelkę i ruszył schodami na dół. Zaraz za nim poszedł chudy, nieogolony mężczyzna w zużytej szarej marynarce. – Panie Mask, proszę natychmiast mnie połączyć z maszynownią! – wydał rozkaz burmistrz Harold.

– Oczywiście, Panie Zalais.

Po zejściu do głównego holu, przeszli parę kroków i zatrzymali się przy komunikatorze. Damian Mask ściągnął żeliwny mikrofon i wcisnął zielony guzik na konsoli umocowanej na drewnianej ścianie.

– Maszynownia – odezwał się natychmiast zdeformowany głos z okrągłego głośnika na konsoli.

– Pan burmistrz życzy sobie, abyśmy ruszyli w górę jak najszybciej.

– Proszę przekazać Panu burmistrzowi, że nie da się tak po prostu polecieć pełną mocą w górę. To grozi zawaleniem się całej konstrukcji od oporu powietrza, albo zatarciem silników.

Burmistrz zabrał mikrofon swojemu służącemu i wydarł się z całej siły:

– Słuchaj pseudokapitanie! Ja tu mam kilkadziesiąt osób z najwyższych elit. Osobistości, którym Ty nawet do paznokcia u małego palca od stopy nie dosięgasz! Ten budynek ma w ciągu trzech minut wyjść z tej chmury!

Daremne były jednak głośne rozkazy Harolda, gdyż w przypływie złości nie zauważył, że Damian nie trzymał zielonego guzika, tylko zakrył go dłonią. Gdy twarz burmistrza gubiła powoli wściekle czerwony kolor, Damian nacisnął dyskretnie guzik trzy razy.

– Tak jest Panie burmistrzu! – wydobył się odgłos z głośnika.

– I tak tu ma wszystko wyglądać. Jak w zegareczku – powiedział Harold i pogładził swoje grube, siwe wąsy.

Biały pałac z niebieskim dachem i wysoką wieżą na boku zaczął powoli wychodzić z gęstej chmury. Postawiony był na dużym kawałku ziemi, na którym urządzono jeden z najpiękniejszych ogrodów w całym Tanterum. Wiele egzotycznych, kolorowych roślin tworzyło niezwykłą mozaikę, która zachwycała oczy gości, gdy tylko zniknęła cała mgła. Podwórze otoczone było niewysokim, drucianym płotem, a pod ziemią schowana była maszynownia. Miejsce na nią wykuto w olbrzymich skałach, na których opierał się latający dom i jego ogród. Powierzchnia skał otoczona była grubą, stalową siatką, aby większe kawałki kamieni nie spadały na głowy ludziom, którym przyszło żyć pod chmurami.

Służący Damian Mask otworzył masywne, drewniane drzwi wejściowe do pałacu. Na zewnątrz wyszedł Harold Zalais oraz jego serdeczny przyjaciel Johan Almadin, który był Techmistrzem. Zarządzał on największą fabryką w mieście, która produkowała praktycznie wszystko. Od samochodów przez pralki, aż do sztućców kuchennych. Zatrudniał ponad połowę mieszkańców miasta i dzięki ustaleniu przez burmistrza jednolitej pensji dla wszystkich pracowników fabryki, zaoszczędził fortunę w bardzo szybkim czasie.

Dla Damiana ta dwójka przyjaciół wyglądała komicznie. Jeden niski, gruby w kolorowych i wyglądających tandetnie ubraniach, a drugi chudy, wysoki i zawsze w tym samym czarnym garniturze i cienkim krawacie. Burmistrz blady jak ściana, a Johan ze skórą w kolorze kawy z mlekiem. Szli przez ogród popijając gazowane napoje z pękatych, kryształowych szklanek. Po chwili na zewnątrz zaczęli wychodzić pozostali goście, ale część z nich pozostała na wieży kłócąc się o to, kto jest ważniejszy i powinien stać bliżej okna.

Harold i Johan oddalili się od gości kręcących się po ogrodzie i ruszyli pod krawędź podwórza, zatrzymując się przy płocie z siatki.

– Piękny widok, prawda, Panie Almadin? – powiedział Harold wpatrzony w rozpoczynający się powoli zachód słońca na horyzoncie.

– Jak najbardziej, Panie Zalais, aczkolwiek patrząc w dół, pewnie byłby równie ciekawy, gdyby nie ta gęsta chmura.

W oddali ujrzeli dwa kolejne latające domy, które w zachodzącym słońcu wyglądały jak dwie, masywne czarne plamy wzbijające się ponad chmury. Dało się dojrzeć kształt wież wychodzących z jednego z budynków, więc Johan szybko je policzył.

– Czy to domy Pani Penstone i Juliusza Wallsa? – zapytał Techmistrz.

– Nie wydaje mi się, by ich służba była na tyle odważna. Niech Pan pomyśli, że nagle obok nas przeleciałby Pański dom, gdy Pan jest tutaj.

Burmistrz rozpiął dwa pierwsze guziki swojej różowej koszuli i pociągnął za złoty łańcuszek na szyi. Po chwili rozłożył przyczepioną do niego małą, pozłacaną lunetę i zerknął w dal.

– Patrzcie Państwo… to komisariat Policji Lotnej i kasyno, które jak zakładam jest dzisiaj nieczynne, patrząc na fakt, że większość jego klientów jest tutaj.

– Czy mogę… skorzystać… z Pańskiej lunety? – odezwał się zdyszany głos za plecami Harolda i Johana.

Spojrzeli na tęgiego mężczyznę w zielonym garniturze. Złote guziki ledwo trzymały się od naporu potężnego, tłustego cielska, które za wszelką cenę chciało wyjść na wolność. Kif Conterstalt, właściciel kasyna, zdawał się być czymś niesamowicie przejęty.

– Co się stało przyjacielu? – zapytał Harold, po czym ściągnął lunetę z szyi i podał ją Kifowi.

– Moje kasyno jest dzisiaj nieczynne i chyba moi pracownicy ruszyli sobie na wycieczkę – odpowiedział, zerkając przez lunetę. – Wyobraża Pan sobie!? Wszystkich do więzienia poślę. Wszystkich!

– Spokojnie Panie Conterstalt. Widziałem, że komisariat już tam jest – próbował pocieszyć go Johan. – Nie uciekną mu. Gmach Policji Lotnej jest wyposażony w dwa silniki, które zrobiono w mojej fabryce. Ten dom – wskazał ręką pałac burmistrza – ma tylko jeden, a i tak jest najszybszy ze wszystkich budynków mieszkalnych i komercyjnych w Tanterum.

– Ale moje kasyno też ma dwa.

– Ale nie tak potężne jak komisariat. Dodatkowo waga całej posiadłości wielokrotnie przewyższa masę komisariatu. Nie ma co się martwić.

Daleko od pałacu burmistrza trwał burzliwy pościg. Dwa masywne budynki sunęły po niebie obok siebie, ledwo wynurzone ponad gęste chmury. Kwadratowy, czteropiętrowy komisariat powstał dawno temu z bardzo grubej, czerwonej cegły, a w jego rogach stały długie wieże, z których wychylali się policjanci i celowali ciężkie, jednostrzałowe karabiny w budynek kasyna. Gmach Pana Kifa Conterstalta trząsł się cały, gdyż nie był przystosowany do wysokiej prędkości. Budowlę wzniesiono na podstawie długich, stalowych, półokrągłych stelaży, między którymi chybotało teraz hartowane szkło. Całość wieńczyła krótka, okrągła wieżyczka ze złotym dachem, a pod nią, wewnątrz, znajdował się ogromny, głównym hol, gdzie leżały porozrzucane stoły do ruletki i pokera. Wszędzie w środku był bałagan, gdyż służba, która w zmowie z kilkoma niedoświadczonymi maszynistami porwała kasyno, nie przewidziała, że wnętrze budowli nie jest przyzwyczajone do gwałtownego wzniesienia się pod kątem w niebo.

W komisariacie otwarto jedno z okratowanych okien i wychyliło się z niego coś na kształt dużej, zakręconej trąbki. Nagle wydobył się z niej gruby i stanowczy głos:

– Mówi komisarz Franko Gotfer do załogi kasyna Roykoss. Macie natychmiast zmniejszyć prędkość zanim zrobicie krzywdę sobie lub mieszkańcom miasta. Niedostosowanie się do tego poskutkuje abordażem.

W skałach podtrzymujących komisariat i teren wokół niego, otworzyły się pod kątem prostym masywne, ukryte drzwi i ze środka wyleciały trzy kwadratowe, białe pojazdy przyozdobione wzdłuż niebieskim pasem. Po chwili krążyły już nad i pod budynkiem kasyna.

– Jesteście otoczeni! Zatrzymajcie silniki natychmiast! – wydarł się głos z zakręconej tuby.

Megafon ustawiony był na ruchomym stelażu w pustym pokoju o gołych ścianach. Wewnątrz stało dwóch policjantów w niebieskich płaszczach do kolan z czarnymi, korkowymi hełmami na głowach. Przed cienkim końcem tuby stał dwumetrowy, barczysty mężczyzna o zapadniętych policzkach i krótkich, czarnych włosach z długą grzywą, zaczesaną na bok. Komisarz Franko Gotfer postanowił ostatni raz dać szansę porywaczom zamkniętego dzisiaj kasyna.

– Macie dwie minuty na zatrzymanie się! – krzyknął, a jego głos rozległ się po całej okolicy na zewnątrz, po czym echo wpadło z powrotem do pokoju.

Franko Gotfer poprawił swój fioletowy garnitur ozdobiony kilkoma medalami, a na głowę założył dużą oficerską czapkę i wyszedł pewnym krokiem z pokoju. Szedł przed siebie długim korytarzem, po czym wszedł przez ostatnie drzwi do swojego gabinetu. Złapał za mikrofon komunikatora, wcisnął zielony przycisk i rzekł:

– Maszynownia! Natychmiast obrać kurs trzy stopnie na zachód i przyspieszyć!

– Tak jest Panie Komisarzu! – odpowiedział okrągły głośnik.

Ceglany zamek zaczął głośno skrzypieć i w każdym jego pomieszczeniu było słychać mechaniczny hurkot silnika schowanego w skalnej podstawie komisariatu i jego małego podwórza. Budynek przekręcił się w kierunku pomarańczowego słońca i zaczął sunąć przed siebie torując drogę kasynu. Pierwsi zaczęli bić na alarm kelnerzy, po czym jedna z służących skontaktowała się z maszynownią, by jak najszybciej zatrzymać silniki.

– Cała wstecz! Cała wstecz! – jej spanikowany głos rozbrzmiał w głównym głośniku pomieszczenia, gdzie stał potężny silnik.

W maszynowni szczupły kadrowiec w białym podkoszulku, umorusanym od smaru i węgla uderzył pięścią w czerwony, gumowy guzik na ścianie. Silnik zatrzymał się natychmiast i syk lecącej pod wielkim ciśnieniem pary rozległ się po pomieszczeniu.

– Cała wstecz! – wrzasnął do załogi i poczekał, aż jego ludzie przekręcą wszystkie potrzebne pokrętła i przełączą odpowiednie dźwignie.

Komisarz Franko Gotfer bacznie obserwował zwalniający pojazd kasyna, po czym szybko odwrócił głowę do drugiego okna i zauważył, że zbliżają się powoli do domu burmistrza. Krople zimnego potu pojawiły się na jego pomarszczonym, pokrytym bliznami czole, gdyż wiedział, że za chwilę będzie musiał podjąć ważną decyzję o zablokowaniu drogi budynkiem komisariatu. Przyjęcie na siebie tak wielkiej siły uderzenia mogło poskutkować poważnym zniszczeniem kompleksu i śmierć wielu niewinnych osób mieszkających pod chmurami, w dolnej strefie Tanterum.

Przyłożył mikrofon do ust i trzymał wciśnięty zielony przycisk. Jego oczy robiły się coraz większe, gdy wielki, świecący różnymi kolorami napis Roykoss, był już kilkanaście metrów od kamiennego muru podwórza. Kasyno było na tyle rozpędzone, że mimo odwrócenia biegu silników nadal leciało w kierunku ceglanego zamku. Na szczęście ciągle zwalniało i na ostatnią chwilę stanęło w miejscu i z spod jego podstawy uniosła się chmura czarnego dymu. Budynek zaczął trząść się i bardzo powoli sunąć w odwrotnym kierunku.

– Zatarli silnik – pomyślał komisarz i przekręcił małe pokrętło na komunikatorze tak by wskazywało liczbę 6. – Załoga. Do dzieła.

– Tak jest! – padła krótka odpowiedź.

W białych pojazdach, krążących wokół kasyna, otworzyły się tylne drzwi i wystrzelono harpuny, które wbiły się w hartowane szkło. Po chwili, kilkudziesięciu policjantów ubranych całkowicie na czarno zaczęło zjeżdżać z różnych stron w kierunku okupowanego budynku.

Coroczną atrakcją balu urodzinowego burmistrza było oglądanie zachodu słońca, które pod odpowiednim kątem ustawienia budynku, przybierało lekko zieloną barwę. Tym razem jednak oczy wszystkich skupione były na akcji policjantów odbijających budynek kasyna z rąk porywaczy. Gdy policjanci weszli do budynku przez wycięte otwory w szklanym dachu, natychmiast zabrali się do aresztowania załogi. Po kilkunastu minutach białe pojazdy zaparkowały pod kasynem i zaczęto wyprowadzać skutych przestępców.

Czarny, dwuosobowy samochód latający, marki Crosslight, wylądował na parkingu pod rezydencją burmistrza. Samochody te były produkowane na zamówienie przez inżynierów z odległego miasta Fairfall, a patent na napęd był jedną z najściślej pilnowanych tajemnic całego świata. Z pojazdu wyszedł komisarz Gotfer i zbliżył się do trójki mężczyzn wpatrzonych w dwa ogromne budynki, zawieszone w powietrzu obok posiadłości burmistrza.

– Franko, mój przyjacielu! – uradował się burmistrz na widok rosłego mężczyzny w fioletowym garniturze.

– Panie burmistrzu – odpowiedział komisarz i uścisnął dłoń Harolda, po czym zwrócił się do właściciela kasyna. – Udało nam się odbić Pańskie kasyno z rąk służby. Aresztowaliśmy trzech kelnerów, dwie służące i sześcioosobową załogę maszynowni.

– Wszyscy niechaj jak najszybciej trafią za kraty! – odparł wściekle Kif Conterstalt.

– Panie Conterstalt, muszę zadać kilka pytań na komisariacie i dodatkowo chciałbym by zobaczył Pan, czy zna członków aresztowanej załogi.

– Oczywiście.

Słońce już zaszło, gdy komisarz odleciał wraz z Kifem, więc Burmistrz i Johan wrócili do pałacu, gdzie czekała ich dalsza część imprezy, a goście delektowali się co chwila donoszonymi przekąskami i dolewanym winem. Służba kręciła się po sali od rana, a czekało ją jeszcze sprzątanie całego domu po zabawie. Równo o godzinie dwudziestej, zmęczeni już kucharze wprowadzili na środek sali złoty stół na kółkach, na którym stał olbrzymi, czteropiętrowy tort, w który wbito pięćdziesiąt pięć świeczek.

Następną część balu spędzono na wspólnych tańcach. Kolorowe suknie sunęły po parkiecie i kręciły się wśród najlepszych garniturów i smokingów. Jednych zachwycały paletą kolorów, co poniektórych jednak denerwowały. W szczególności tych mniej zamożnych, którzy nie mogli pozwolić sobie na ubranie kosztujące tyle, co dobrej klasy samochód. W świetle kryształowych żyrandoli mieniły się perłowe kolie i złote bransoletki, które gnały teraz w koło przez bukowy parkiet.

Harold siedział na krześle po środku zataczającego się koła i pełen zachwytu wyglądał co ładniejszego dekoltu. Johan stał w kącie sali z kilkoma, zbyt starymi do tańca, gośćmi. Patrzył na zabawę z zażenowaniem. Widział w tej zabawie wokół krzesła bandę głupców chwalących się bogactwem i nie mających do zaoferowania nic poza własnymi pieniędzmi.

– Ja mam suknie za trzynaście tysięcy! A ja za szesnaście! Ha! Moja złota muszka jest więcej warta! – brzmiały głosy przechwalających się parkietowych pawi w głowie Johana.

Impreza urodzinowa trwała do momentu aż zaczęło świtać i goście wyszli do ogrodu podziwiać kolejny piękny widok. Wykończony Johan podszedł do lekko podpitego Harolda i złapał go mocno za ramię. Przez chwilę wspólnie podziwiali jak nastaje nowy dzień na horyzoncie i ogród wokół znów zaczyna nabierać kolorów. Niektórzy goście posnęli w sali bankietowej, a inni w ogrodzie. Burmistrz czuł się dumny, że po raz kolejny wydał niezwykłe przyjęcie, a czerwone, uśmiechnięte twarze wokół były tylko tego dowodem.

W tym samym czasie właściciel kasyna Kif Conterstalt kończył odpowiadać na pytania komisarza Franko. Siedzieli w gabinecie, w miękkich skórzanych fotelach, popijając kawę.

– Tak, Panie Gotfer, potwierdzam, że wszyscy pracownicy, których pokazaliście mi dzisiaj, zostali zatrudnieni w okresie ostatnich trzech miesięcy – rzekł.

– Rozumiem. Proszę mi powiedzieć, czy…

– Panie komisarzu – przerwał mu Kif – ja już mam dosyć. Zaczyna świtać. Proszę mi powiedzieć, czy oni zapłacą za szkody, czy zostaną one pokryte z budżetu Policji Lotnej?

– Najpierw musi odbyć się proces sądowy.

– I co będziecie dowodzić na tym procesie? Byli tam? Byli. Porwali kasyno? Porwali. To co jeszcze?

– Myślimy, że to nie był spontaniczny bunt, Panie Conterstalt.

– Jak to?

– Podejrzewamy, że był to sabotaż.

– Sabotaż?

– Tak. To wyglądało na bardzo dobrze zorganizowaną akcję. Całe szczęście maszyniści nie byli doświadczeni w prowadzeniu dwusilnikowego domu. Teoria jest taka, że gdy w Tanterum było głośno o zwolnieniu wszystkich pracowników, po aferze kradzieży pieniędzy, ogłosił Pan wielkie zatrudnianie nowych ludzi do ponownego otwarcia. Myślimy, że to był moment, w którym ktoś podsunął Panu pod nos dobrze wyszkolonych ludzi.

– Wyszkolonych?

– Nasz specjalista od stenografów przesłuchiwał nagrania z komunikatorów, a to – Franko pokazał gruby plik papierów – wycinek rozmów trwających od momentu naszego przybycia, do zatrzymania.

– I co tam znaleźliście?

– Niezwykle precyzyjną komunikację. To jest wręcz niemożliwe, by zwykli kelnerzy i sprzątaczki posługiwali się tak technicznym językiem i mieli niezwykle wielką wiedzę na temat prowadzenia latającego domu. Gdyby nie problem z silnikami, Pańskie kasyno byłoby już gdzieś na zachodnim wybrzeżu.

– Więc była to akcja profesjonalistów? – zapytał Kif, lecz komisarz nie odpowiedział, tylko rzucił mu jednoznaczne spojrzenie. – Cambelton… – syknął.

Spod pałacu burmistrza wystartowały czarne limuzyny. Kierowcy spędzili całą noc w samochodach czekając na sygnał swoich pracodawców i teraz czarny sznur aut ciągnął się po nieboskłonie, gdy mieszkańcy górnego Tanterum wracali do swych latających domów.

– Zamówisz mi taksówkę? – zapytał Harolda Johan.

– A gdzie Twoja limuzyna?

– Dałem mojemu kierowcy wolne. Nie widziałem sensu w tym, by siedział całą noc pod pałacem, skoro wiedziałem, że będę wracać nad ranem lub po południu w przypadku, gdybym tu zasnął.

– A gdyby coś się stało?

– To bym wziął taksówkę, tak jak teraz.

– Mój drogi, zadaniem kierowcy jest prowadzić auto i być na każde zawołanie swojego pracodawcy.

– Nie zawsze musimy dzielić poglądy, Haroldzie.

Burmistrz podszedł do skraju podwórza, gdzie w płot wmontowana była mała furtka, a obok stała wysoka na kilka metrów latarnia, wbita w głąb ziemi. Harold wcisnął guzik i lampa na szczycie metalowego słupa zapaliła się na czerwono i wydała z siebie odgłos charakterystycznego buczenia. Czekali w ciszy przez kilka minut i delikatnie trzęśli z zimna. W końcu w oddali pojawiły się dwie żółte lampy i pod furtkę zajechał czarny samochód, którego silnik głośno furkotał i dusił się co jakiś czas.

– Na pewno chcesz tym jechać? – zapytał burmistrz.

– Nic mi nie będzie.

– Za spóźnienie – krzyknął pretensjonalnie burmistrz do kierowcy taksówki – ten Pan zapłaci tylko połowę!

Drzwi zaskrzypiały, po czym Johan zamknął je i poprosił kierowcę o podjechanie do jego fabryki.

Reklamy